Czkawka przeczesał dłonią włosy i westchnął ciężko. Nie na tym mu zależało. Nie chciał wojny, ale co mógł innego odpowiedzieć, gdy te tępe stworzenia chciały zjeść jego smoka! To było oburzające! Choć nie wziął pod uwagę, że Glizda może sobie z niego drwić. W sumie nie dopuszczał do swojego umysłu takiej możliwości. Dlatego też następnego dnia zwołał zebranie. Najpierw rozmówił się ze starszymi i bardziej doświadczonymi wikingami, a na koniec zostawił rozmowę ze swoimi rówieśnikami.
- Widać pokój, to tylko przerwa pomiędzy kolejnymi wojnami - stwierdził ciężko i raz jeszcze przyjrzał się mapie rozłożonej na stole w sali narad.
Kiedyś to jego ojciec planował tu kolejne wyprawy w poszukiwaniu Smoczego Leża, a teraz on musiał ustalać w tym samym miejscu taktykę wojenną. Astrid dzielnie towarzyszyła mu w tych żmudnych przygotowaniach. Reszta jego rówieśników już dawno sobie odpuściła i zaczęli pokładać się na krzesłach. Wyrwa w murze została załatana i umocniona, a troli dalej nie było ani śladu.
- To małe głupie istotki! - wydarła się Szpadka, podnosząc głowę, która dotąd zwisała bezwładnie na oparciu krzesła.
Czkawka spojrzał w jej stronę i szybko zdał sobie sprawę, że ta uwaga nie była skierowana do niego. Toteż postanowił się tym nie przejmować i raz jeszcze wzrokiem przebiegł po mapie. Tymczasem jego narzeczona westchnęła ciężko i usiadła na blacie stołu.
- Na pewno nie głupsze od ciebie! - stwierdził Mieczyk i uderzył siostrę w ramię, zanosząc się przy tym śmiechem.
Drzwi prowadzące na zewnątrz otworzyły się z cichym skrzypieniem i wskoczył przez nie Szczerbatek. Za nim szła Glizda z rękoma skrzyżowanymi za plecami i dziarską miną. Podeszła do młodego wodza, zajrzała mu przez ramię i krzywiąc się odsunęła pod najbliższy słup.
- Rozumiem, że nic interesującego mnie nie ominęło? - rzuciła w eter.
Sączysmark, który do tej pory drzemał pod ścianą, podskoczył na równe nogi i wypinając pierś podszedł do brunetki. Oparł się łokciem o ten sam słup, co ona i poprawił hełm na swojej głowie.
- Ależ nic maleńka - zapewnił.
Dziewczyna uniosła brwi i spojrzała mu prosto w oczy. Patrzyła w nie tak długo, aż ze Sączysmarka uleciała cała pewność siebie. Chłopak przewrócił się niezdarnie i wywołał falę śmiechu. Nawet Czkawka pozwolił sobie na uśmiech.
- Prędzej ona cię przeszyje wzrokiem niż po incydencie z twoim głupim smokiem da się uwieść - stwierdził Mieczyk i zaczął dłubać sobie w zębach.
- Nie obrażaj Hakokła!
- Ej! Może sama będę osądzać ludzi? - rzuciła Glizda do Mieczyka.
- Ale że on? - spytał blondyn i przekrzywił głowę - Podoba ci się Sączysmark?
- Nie! - obruszyła się brunetka.
- To o co ci chodzi? - bliźniak zdawał się kompletnie zbity z tropu.
- Że tego całego smoka... Masz zapomnieć - odparła pewnie.
- Ale jakiego smoka znowu? - za to pytanie Mieczyk dostał kopniaka od siostry.
- Dziękuje Szpadka - Glizda uśmiechnęła się do dziewczyny.
- Ej? To podobam ci się w końcu czy nie? - drążył Sączysmark.
- Ej! Może sama będę osądzać ludzi? - rzuciła Glizda do Mieczyka.
- Ale że on? - spytał blondyn i przekrzywił głowę - Podoba ci się Sączysmark?
- Nie! - obruszyła się brunetka.
- To o co ci chodzi? - bliźniak zdawał się kompletnie zbity z tropu.
- Że tego całego smoka... Masz zapomnieć - odparła pewnie.
- Ale jakiego smoka znowu? - za to pytanie Mieczyk dostał kopniaka od siostry.
- Dziękuje Szpadka - Glizda uśmiechnęła się do dziewczyny.
- Ej? To podobam ci się w końcu czy nie? - drążył Sączysmark.
- Cicho bądźcie... - jęknął Czkawka i czołem uderzył w stół.
Astrid korzystając z okazji pogładziła go po ramieniu i zaczęła bawić się jego włosami. Lubiła w wolnej chwili zaplatać mu na nich warkoczyki.
- Skoro nic ciekawego się nie dzieje, to może powiem, to co miałam powiedzieć... - zastanowiła się głośno Glizda, a młody wódz jak na zawołanie poderwał się do pionu.
Brunetka uśmiechnęła się szeroko i uderzywszy delikatnie Sączysmarka, który podnosił się z ziemi, ruszyła ku Czkawce. Stanęła przed nim i zabujała się na stopach. Posłała rozmarzone spojrzenie w sufit i westchnęła ciężko.
- Twoja matka prosiła cię, żebyś przybył pod wschodni mur. Ktoś widział trole zmierzające w tamtą stronę, gdy był na smoczym patrolu. Wy już bez tych bestii żyć nie potraficie? - wszystko to powiedziała z taką lekkością jakby chodziło o codzienną czynność, a nie walkę z mitycznymi stworami.
Za to Czkawka podchodził do tego poważniej, choć po minie jaką zrobił nie było tego znać. Spojrzał bowiem na Glizdę jak na niegrzeczne dziecko, które zbiło talerz. Potem skrzyknął wszystkich i opuścił salę narad. Szczerbatek kręcący się do tej pory po pomieszczeniu podskoczył do Glizdy, spojrzał na nią z wystawionym językiem, a potem powiódł wzrokiem za Czkawką.
- Musisz iść Szczerbata Mordko - powiedziała z uśmiechem i gdy była pewna, że nikt nie patrzy podrapała smoka bo brodzie.
Tymczasem Czkawka wstawił głowę przez drzwi, by zorientować się, co jest ze Szczerbatkiem. Co prawda zobaczył tylko, jak dziewczyna prostuje się i otrzepuje z wyimaginowanego kurzu, ale i tak uśmiechnął się delikatnie.
- Szczerbek! - krzyknął i na powrót zniknął za drzwiami, gdy smok ruszył w jego stronę.
- Muszę tu znaleźć jakiegoś konia - wymamrotał Glizda sama do siebie.
Zaraz potem rozejrzała się po pustej sali i z uśmiechem wyszła na zewnątrz. Światło słoneczne po półmroku panującym w Twierdzy było wręcz oślepiające. To też dziewczyna przyłożyła dłoń do swojego czoła i spojrzała na wszystkie strony. W osadzie krzątały się kobiety i kilku mężczyzn, bo reszta ruszyła pod mur. Glizda stwierdziła, że albo Czkawka wziął na poważnie te zbójecką gromadkę troli, albo tak nieliczna była Berk, albo wszyscy się przed nią poukrywali. Podeszła do pierwszej napotkanej kobiety, która zbierała rozrzucone kapusty z ziemi, bo przewrócił się jej wózek.
- Przepraszam, gdzie znajdę tu jakiegokolwiek konia? - spytała łagodnie.
- Konia? - kobieta wyprostowała się znad kapust i roześmiała się serdecznie - Na Berk nie mamy koni od dobrych kilku lat. Gdy jeszcze tłukliśmy się ze smokami, te gadziny powyżerały wszystkie. Kiedyś mieliśmy tu nawet pięć kóz! Teraz są tylko owce, jaki, kury i leśne zwierzaki.
Brunetka była zbita z tropu i całkowicie zdekoncentrowana. Zrobiła tak głupią minę, że jej rozmówczyni klepnęła ją przyjaźnie w plecy.
- To jak mam dotrzeć pod mur! - wykrzyknęła dziewczyna i pacnęła się otwartą ręką w czoło.
- Na smoku... - odparła kobieta, jakby to była oczywistość.
Za to Czkawka podchodził do tego poważniej, choć po minie jaką zrobił nie było tego znać. Spojrzał bowiem na Glizdę jak na niegrzeczne dziecko, które zbiło talerz. Potem skrzyknął wszystkich i opuścił salę narad. Szczerbatek kręcący się do tej pory po pomieszczeniu podskoczył do Glizdy, spojrzał na nią z wystawionym językiem, a potem powiódł wzrokiem za Czkawką.
- Musisz iść Szczerbata Mordko - powiedziała z uśmiechem i gdy była pewna, że nikt nie patrzy podrapała smoka bo brodzie.
Tymczasem Czkawka wstawił głowę przez drzwi, by zorientować się, co jest ze Szczerbatkiem. Co prawda zobaczył tylko, jak dziewczyna prostuje się i otrzepuje z wyimaginowanego kurzu, ale i tak uśmiechnął się delikatnie.
- Szczerbek! - krzyknął i na powrót zniknął za drzwiami, gdy smok ruszył w jego stronę.
- Muszę tu znaleźć jakiegoś konia - wymamrotał Glizda sama do siebie.
Zaraz potem rozejrzała się po pustej sali i z uśmiechem wyszła na zewnątrz. Światło słoneczne po półmroku panującym w Twierdzy było wręcz oślepiające. To też dziewczyna przyłożyła dłoń do swojego czoła i spojrzała na wszystkie strony. W osadzie krzątały się kobiety i kilku mężczyzn, bo reszta ruszyła pod mur. Glizda stwierdziła, że albo Czkawka wziął na poważnie te zbójecką gromadkę troli, albo tak nieliczna była Berk, albo wszyscy się przed nią poukrywali. Podeszła do pierwszej napotkanej kobiety, która zbierała rozrzucone kapusty z ziemi, bo przewrócił się jej wózek.
- Przepraszam, gdzie znajdę tu jakiegokolwiek konia? - spytała łagodnie.
- Konia? - kobieta wyprostowała się znad kapust i roześmiała się serdecznie - Na Berk nie mamy koni od dobrych kilku lat. Gdy jeszcze tłukliśmy się ze smokami, te gadziny powyżerały wszystkie. Kiedyś mieliśmy tu nawet pięć kóz! Teraz są tylko owce, jaki, kury i leśne zwierzaki.
Brunetka była zbita z tropu i całkowicie zdekoncentrowana. Zrobiła tak głupią minę, że jej rozmówczyni klepnęła ją przyjaźnie w plecy.
- To jak mam dotrzeć pod mur! - wykrzyknęła dziewczyna i pacnęła się otwartą ręką w czoło.
- Na smoku... - odparła kobieta, jakby to była oczywistość.
*
Szczerbatek siedział na murze ze swoim jeźdźcem na grzbiecie. Doskonale wyczuwał emocje swojego najdroższego przyjaciela i automatycznie je przejmował. Poddenerwowanie, niepewność, odrobina strachu i stos zawziętości. Zaczerpnął więc z głębi siebie i unosząc pysk ku niebu ryknął przeraźliwie. Trole czające się już w pobliżu zaszemrały pomiędzy sobą i po chwili dało się słyszeć chrypliwe okrzyki.
- Możecie jeszcze ustąpić! Zostawcie nas w spokoju i żyjcie dalej tak jak dotąd, a utrzymamy pokój! - wykrzyknął Czkawka.
- SMO - KI! Jeść! Jeść! Jeść! - wykrzykiwały na przemian zgniło-zielone stworzonka, uderzając swoimi prymitywnymi maczugami o drewniane tarcze.
Młody wódz posmutniał i smętnym wzrokiem przebiegł po linii wroga. O dziwo zauważył, że trole ubrane były w dziwaczne peleryny z chropowatymi wypustkami. Chłopak zmrużył oczy, a jego mózg zaczął pracować na najwyższych obrotach.
- Smocze skóry... To nie będzie łatwa bitwa...
Trole ustawiły się w szyku bojowym i na rozkaz najwyższego z nich zaczęły biec na mur. Czkawka skinął ręką i w niebo wzbiła się pierwsza linia jego małej armii. Do tej pory nie brał tego na poważnie i kazał większości zajmować się swoimi codziennymi zajęciami. Zabrał ze sobą tylko kilkudziesięciu smoczych jeźdźców. Mieli nastraszyć te mitologiczne stworzenia ogniem i zapędzić je z powrotem w głąb lasu. Czkawce zależało na utrzymaniu pokoju za wszelką cenę. Jednak jak się okazało nie było to takie proste.
Pierwszy szereg, który ruszył na smokach do ataku spuścił na trole falę ognia... Jeźdźcy wrócili za fasady muru i w zdumieniu patrzyli jak zielonkawe stworzenia biegną dalej w ich stronę, a ogień roznosił się po trawie. Tylko dwójka nieostrożnych troli leżała teraz w bólach na trawie jęcząc od oparzeń.
- Astrid! - krzyknął Czkawka - Zębacze mogą się teraz przydać. Ruszaj!
Dziewczyna siedząca na swojej smoczycy dała znak ręką i wszyscy dosiadający Śmiertników Zębaczy ruszyli do przodu. Tymczasem młody wódz skinął na tych kilka osób, które miały ze sobą łuki. Wyjątkowo... smoki nie wystarczyły.
- Potrzebujemy broni - wymamrotał pod nosem, a Szczerbatek stojący obok niego na murze, zaryczał groźnie - No tak. Wtedy smoki też się wystraszą. Jesteśmy przyparci do muru. I to dosłownie Mordko.
Smok tylko obejrzał się w tył, w stronę wioski i kiwnął pewnie pyskiem. Dlaczego zawsze wiedział pierwszy? Dlaczego nie mógł pocieszyć przyjaciela w trudnej sytuacji słowami? Może dlatego, że Czkawce wystarczyła jego obecność. Na wszelki wypadek ryknął raz jeszcze. Jakby mówił: "Będzie dobrze przyjacielu".
- Astrid! - krzyknął Czkawka - Zębacze mogą się teraz przydać. Ruszaj!
Dziewczyna siedząca na swojej smoczycy dała znak ręką i wszyscy dosiadający Śmiertników Zębaczy ruszyli do przodu. Tymczasem młody wódz skinął na tych kilka osób, które miały ze sobą łuki. Wyjątkowo... smoki nie wystarczyły.
- Potrzebujemy broni - wymamrotał pod nosem, a Szczerbatek stojący obok niego na murze, zaryczał groźnie - No tak. Wtedy smoki też się wystraszą. Jesteśmy przyparci do muru. I to dosłownie Mordko.
Smok tylko obejrzał się w tył, w stronę wioski i kiwnął pewnie pyskiem. Dlaczego zawsze wiedział pierwszy? Dlaczego nie mógł pocieszyć przyjaciela w trudnej sytuacji słowami? Może dlatego, że Czkawce wystarczyła jego obecność. Na wszelki wypadek ryknął raz jeszcze. Jakby mówił: "Będzie dobrze przyjacielu".
*
Glizda głośno wypościła powietrze z płuc. Jak Czkawka mógł pozwolić, by jego "wojsko" wyszło bez broni? Teraz ona była jedyną nadzieją, przynajmniej tak jej się wydawało. Mężczyzna, który przyleciał na rannym smoku z wiadomością, że tam pod murem potrzebują całego tego żelastwa, teraz opiekował się swoim stworem i sobą samym. Pewnie myślał, że może to wszystko tak po prostu zostawić na głowie Glizdy. Ta znalazła już Zbrojownię, ale to nie wystarczyło. Teraz trzeba było przewieźć to wszystko pod mur. Tylko że to nie było takie łatwe zadanie, a słońce chyliło się ku zachodowi. Świadomość, że w ciemnościach będzie musiała zbliżyć się do prawdziwego potwora nie ułatwiała jej tego. Otworzyła na oścież drzwi do Zbrojowni i przymknęła oczy. Ile ona by teraz dała, za któregokolwiek z wikingów, którzy umieli latać na smokach. Prawda, uważała, że da sobie radę, skoro tyle razy siedziała na grzbiecie Szczerbatka, ale... Był tylko jeden problem, zawsze był z nią Czkawka. Jak miała sama, samiuteńka dosiąść takiej bestii? Wielkiego smoka o trupio bladym pysku, diablich rogach i wielkich niebieskich skrzydłach zakończonych ostrymi pazurami. Znała bardzo dobrze wiele gatunków smoków ale ten, który stał na niedalekim pagórku i wbijał w nią spojrzenie czarnych, mądrych oczu był jej obcy. Znała jednak jego rasę, bo kobieta od kapusty powiedziała jej, że chwilowo wolny jest zapewne tylko ten jeden.
- Tajfumerang.... - wyszeptał Glizda i wbiła spojrzenie w bestię, która ryknęła głośno.
--------------------------------------------------------------------------
I co Jeźdźcy Smoków?
Co myślicie o tym rozdziale?
Nie było zbyt naciągane?
Mam wrażenie, że tym razem się nie popisałam.
Ale to Wam pozostawiam ocenę.